Lojalny przyjaciel

Że dzieci mają różne pomysły, nie zawsze mądre, a czasem wręcz niebezpieczne dla otoczenia bądź samych siebie, wiadomo od dawna. Wiadomo też, iż wyobraźnia ich jest tak dalece nieprzewidywalna, różnorodna i zaskakująca, że może zadziwić niejednego dorosłego. Z perspektywy lat sama się teraz dziwię skąd czerpało się pomysły wówczas gdy miało się te kilka lat. Podobnie jak czarodziej wyciąga z rękawa królika nie wiedzieć w jaki sposób, tak one rodziły się w dziecięcej łepetynie nie wiadomo skąd.

Czytaj dalej

W równoległej rzeczywistości

Śniłam kolorowo, w którym to śnie w surrealistyczne obrazy poutykani byli ludzie, przeniesieni żywcem z realu z charakterystycznym wręcz dla nich tembrem głosu, i mówili to co chyba pragnęłabym od nich usłyszeć. Pomiędzy jednym przebudzeniem a drugim śniłam następny, podobny. Sen jeden, przebudzenie, drugi, i kolejne przebudzenie. Obudziłam się później niż zazwyczaj w trakcie któregoś już tej nocy snu z uczuciem żalu, albowiem urwał się on znowu nagle i w trakcie. Zawsze niedokończony. Dlatego pozostaje wciąż ten sam niedosyt tego co mogłoby się jeszcze zdarzyć i co mogłabym jeszcze usłyszeć. Rzeczywistość równoległa, lustrzane, powykrzywiane odbicie, niespełnione pragnienia, lęki – to jest ich najczęstszą treścią. Nigdy nie ma rozwiązania, czy chociażby sugestii, jak poradzić sobie z istniejącym problemem ukrytym gdzieś głęboko w zakamarkach podświadomości, które to uzmysłowia mi dopiero sen. Więc spłukuję je pod prysznicem.

Jednakże niepokój pozostaje na opuszkach palców. I w gardle.

Czytaj dalej

W oczekiwaniu

Listopad rozgościł się w moim domu niczym ten nieproszony gość, którego nie sposób się pozbyć. Pomimo, że przywitałam go wzruszeniem ramion, byle jakim nastrojem próbowałam zniechęcić, jednakże on niezrażony moim zachowaniem przekroczył próg domu i snuje się za mną wraz z zapachem mokrych liści osiadłym na moich włosach. Wiec bagatelizuję go chowając się za okładkę książki, albo serwuję zamiast poczęstunku głębokie westchnienie. Lecz on, bądź udaje, bądź rzeczywiście jest z tej gościny zadowolony, gdyż rozsiadł się w fotelu i gra jesienną melodię wraz z szumem wiatru za oknem, w rytm stukotu kropel deszczu o szyby okien, raz po raz szarpiąc przy tym struny mojej cierpliwości.

Kupuję rośliny w doniczkach. Niech ich soczysta zieleń zakryje wszędobylską szarość.

W oczekiwaniu na grudzień, który jest obecnie tylko wspomnieniem dawnej zimy i śnieżno-białego puchu, mijają mi dni nazbyt podobne do siebie. Jeszcze trzy tygodnie. Nie wiem co takiego magicznego jest w grudniu, bo zima w tym czasie jest niemalże zatartym wspomnieniem, ale już sama jego nazwa ma w sobie jakąś magię. Więc czekam jak gdyby za wypowiedzeniem jednego słowa – grudzień – miała nastąpić jakaś spektakularna zmiana nastroju, aury, koloru.

Dzisiaj świeciło przez chwilę słońce.

Czytaj dalej

Pamiętne lato

Każdy z nas zapewne pamięta swoją pierwszą miłość. Moja zrodziła się nagle i nieoczekiwanie pośród jezior w środku Borów Tucholskich. Na wsi, w wiejskiej chałupie, gdzie na strych pełen siana prowadziła drewniana drabina, a naprzeciw okna mojej sypialni chyliła się na bok stara obora, która zasłaniała rozciągające się dalej kwieciem usłane łąki i igliwiem pachnący las, zaś na środku owego podwórka, przywiązany do drewnianego palika, pasł się baran. Miałam zaledwie dziewięć wiosen na karku, kilka piegów na nosie, niesforne loczki i nic, a nic nie wskazywało na to, iż z tego chudego dziewczęcia wyrośnie kiedykolwiek kobieta. Serce jednakże uważało inaczej, albowiem zabiło mocniej na JEGO widok. Gdyż ON był najpiękniejszy we wsi: na głowie czarny włos rozwichrzony w nieładzie, cera śniada, twarz pociagła, orli nos i TAKA męskość biła z niego, że ach i och. No i jeszcze umiał ujeżdżać tego barana, i kosić trawę kosą, i kurę złapać, i krowę wydoić, i w ogóle był niczym ów rycerz na białym koniu. Nic to, że konia zastąpił mu baran, zaś zbroję zamienił na starą, szarą kufajkę, a zamiast ostróg świeciły z daleka jego czarne kalosze. Nic to. Był rycerzem na miarę moich ówczesnych potrzeb. W te gorące, lipcowe lato, w ten klimat wiejsko-anielski, gdzie za drogą jezioro, a wzdłuż szosy przestrzeń po horyzont. Bo z boku on, lub w pobliżu, pachnący wiatrem oraz sianem.

Czytaj dalej

Ucieczka w wiosnę

Cóż robić w taki listopadowy poranek, gdy szarość włazi nawet pod kołdrę ??? Kiedy wilgoć zza okna wprasza się do mieszkania ??? Rozpalić ogień w kominku duszy, przytulić kota do zziębniętego łona, pogonić smutne myśli z nieuczesanej jeszcze głowy i uciec wyobraźnią do wiosny ??? Bo wiosna kojarzy mi się zawsze z dzieciństwem. Jeszcze zielono w głowie, jeszcze nie ogolone nogi, w ustach smak niedojrzałego jabłka zerwanego z jabłoni w babcinym ogrodzie, w kieszeni zapomniana landrynka. A gdy na stole kubek z niedopitym mlekiem tworzył na jego wierzchu biały kożuch, jedna myśl natrętna natenczas chodziła mi po głowie, jak mleka się tego się pozbyć, aby móc wyjść z domu po to by przywitać się z psem i zobaczyć co słychać u kota lub sprawdzić czy pająk wreszcie złapał muchę w swą misternie utkana sieć. Dzieciństwo to także wilgotny piach w butach i opadająca zawsze nad nim kolejna, przetarta na dużym palcu, podkolanówka, to kokarda we włosach a na górnej wardze resztki jedzenia, to zbyt kusa sukienka, rower na czterech kółkach oraz ślad po upadku na kolanach. To ukochana lalka, ulubiona bajka.

Czytaj dalej

Kolorowe nici

Zaczęłam wspominać siebie z przed lat. Zadanie to trochę przypomina wypracowanie na temat, który był mi kiedyś bliski jak własna skóra z wyciśniętą wówczas mapą wszelkich doznań: smaku, obrazu, światła, namiętności, a obecnie jest niczym owo rozdzielone światło przez pryzmat, w tym wypadku czasu, na kilka pojedynczych barw. Oto blado-zielony, nostalgiczny, jutro będzie czarny jak smoła, opisze on moje lęki, które tkwią we mnie notabene od lat. Była jeszcze ciepła żółć co budziła nadzieję i szarobury jak szary bywa niekiedy również dzisiejszy dzień. Wtedy było to wszystko splecione w jeden kłębek wielokolorowych nitek ukrytych w bagażu każdego dnia. Wyjmuję je teraz po jednej i rozkładam jeszcze precyzyjniej, na składowe poszczególnych nici, by skupić się na konkretnym odcieniu danej barwy wyselekcjonowanej od reszty bliskiej jej półtonów. Oto proszę; czerń matowa – to strach zasiedziały co przetrwał lata, duży jest z nutką granatu, czasem bywa rozmazany, pokryty kurzem dni które po nim przyszły, trudny do określenia. Muszę się nad tym ostatnim skupić, zmrużyć oczy pamięci, by nadać im realny kształt i kolor. Potem ubrać w słowa, które są przecież dzisiejsze.

Czytaj dalej

Sam na sam

Lubię być z sobą sam na sam. Lubię ciszę. I lubię samotne spacery w nieznane. Lubiłam to wszystko również w dzieciństwie. Wagary spełniały wówczas wszystkie te moje pragnienia. Tylko teczkę należało ukryć w piwnicy i można było wyruszyć przed siebie. Brzegiem morza, wzdłuż torów, nieznanymi drogami w dal. Ulice puste były jeszcze o tej porze dnia, nie ma na nich dzieci ani młodzieży, wszyscy w szkole. A dorośli w pracy. Wokół szare ulice, szarzy i nieliczni przechodnie snuli się po chodniku, szare podwórka oraz tynki domów, szare witryny sklepów, szary dym unosił się z kominów, szare nastroje, a nawet szary był kot u sąsiadów. Niekiedy przetoczył się wolno po asfalcie samochód, czasem przemknął czerwony autobus dodając na chwilę kolor tym smętnym, niemalże wyludnionym ulicom. Takie czasy. Teoretycznie powinnam rzucać się w oczy postronnemu przechodniowi, ale, o dziwo, nie wzbudzałam jego większego zainteresowania. Mogłam iść i iść tam gdzie mnie poniosły nogi. A niosły hen, daleko poza posępny wokół mnie świat. Bo towarzystwem mym była wyobraźnia a drogowskazem fantazja. Żadnych ograniczeń, zero zakazów, nakazów, ocen, pytań. Wolność. Swoboda. Ot, oto idzie pani swojego czasu i nastroju.

Czytaj dalej