Tylko zacznij

Wpierw staranie go planujesz, następnie bierzesz pod uwagę jakieś nieprzewidziane niespodzianki. Ustalasz również harmonogram prac i robisz wstępny kosztorys. Wybierasz starannie datę jego rozpoczęcia i liczysz na szybkie robót zakończenie. Tyle teorii.

No i wreszcie przychodzi ten wyznaczony wcześniej przez ciebie dzień i w tym samym momencie kończy się twój plan, ponieważ wszystko przejmuje we władanie PRAKTYKA. Albowiem ONA wtargnęła w twoje życie, a ONA ma to od siebie, że nijak nie chce się pogodzić z teorią. Traktuję ją jak tę przysłowiową blondynkę, co tylko myśli, że coś wie. Ponieważ ONA rządzi się własnymi prawami i ma w nosie twoja teorię, twój czas oraz twoje nerwy. Nie jest też oszczędna ani rozsądna. Natychmiast rozkłada wszystkie swoje manele po całym mieszkaniu robiąc przy tym ogromny bałagan. Przestawia ci życie do góry nogami. Patrząc na JEJ poczynania odnosi się wrażenie, że bawi ją twoje zagubienie, rozgoryczenie i twoja bezradność. Jest teraz panem twojego czasu i pieniędzy. Śmieje się ze ciebie i twojej teorii. A że teoria jest wrażliwa, natenczas od ciebie odchodzi. Zostajesz z PRAKTYKĄ sam na sam. Oko w oko. Od pierwszego wejrzenia nie lubicie się, walczycie o swoje prawa i finanse.

Bezskutecznie.

Ale nie ze mną takie numery, o nie. Nie dam jej tej satysfakcji, potraktuję JĄ tak jak traktuje  się od dawna oczekiwanego gościa. Rozgość się i czuj się jak u siebie w domu  – mówię chodząc po mieszkaniu pogwizdując przy tym radośnie. A kiedy potykam się o zlew w przedpokoju nie bluźnię. Nic a nic. Nawet nie westchnę ciężko. W milczeniu też narysowałam wielkie serce na blacie w kuchni. Nich widzi, że nawet kurz może mieć swoje pozytywne zastosowanie.

Reklamy

A kysz

Ktoś, gdzieś, kiedyś powiedział, iż równowaga jest zawsze w przyrodzie. I nie tylko. Podobno we wszystkim co nas otacza i nas dotyczy. Ale u mnie nie, u mnie raz wszystkiego za dużo, drugi raz zbyt mało. Globalnie by się zrównoważyło, to fakt, ale ja nie chcę równowagi globalnej, pragnę jej codziennie, lub chociaż tygodniowo, ostatecznie miesięcznie.A obecnie wszystko naraz. Wszystko. Ani chwili wytchnienia. W piętkę gonię. Ale wiecie co ??? Lubię to. Chociaż się wściekam, ponieważ lekarka zawsze coś źle napisze na recepcie i trzeba odsiedzieć swoje w przychodni aby to łaskawie poprawiła, pomimo iż rura pod skutymi kaflami w łazience odsłoniła swe spróchniałe lico i może w każdej chwili zalać pół Gdyni, gdyby, nie daj Boże, radośnie wystrzeliła z niej woda nim dotrze do niej hydraulik, a hydraulik ma czas dopiero w poniedziałek, więc siedzę na tykającej niczym bomba przerdzewiałej rurze, gdy tymczasem samochód przebiera kołami, gdyż czeka zbyt długo na nowy lakier, i lodówka się nowa natrętnie wprasza do kuchni, a OC puka do drzwi, to lubię to. Poważnie. Ten ruch, ten pośpiech, nawet odrobinę owej adrenaliny i permanentnego zmęczenia. Gdyż marazm mnie męczy znacznie bardziej. A skoro wszystko teraz, to co mi pozostanie na później ??? Skończona robota i spokój ??? No i tego obawiam się już dzisiaj, iż będę po tym huraganie nawijać dni na palce i snuć się po wyremontowanym domu. O nie, tak źle chyba nie będzie. Gdyż będzie już zapewne wiosna i …

I …

Cholera, na pewno coś wymyślę, by nie dopuścić do owej nieszczęsnej równowagi.

Z poślizgiem i wyprzedzeniem

I znowu o krok z tyłu, z tym niewybaczalnym poślizgiem, ale wiecie robota …

Nie, nie żadna tam robota, nie zwalaj wszystkiego na przedświąteczne zamieszanie – rzekło mi na ucho sumienie. No dobra, przyznaję wszem i wobec grona szanownych blogowiczów, iż praca pracą, ale jak kto chce to zawsze znajdzie chwilę na skreślenie paru słów. Chociażby …

pogodnych ŚWIĄT Wam życzę. Niestety te życzenia są jak owa musztarda po obiedzie, więc już zawczasu, bym znowu nie świeciła z zawstydzenia literkami, przy czym zapinając na ten mijający niebawem rok blog na ostatni guzik pisanego słowa wszystkim życzę …

DOBREGO NOWEGO ROKU.

Mam nadzieje, że przyniesie on nam Wszystkim wiele weny twórczej oraz radosnych chwil godnych spięcia go w klamry nowej notki. Niechaj każdą twórczą myśl trafnie oddadzą Wasze słowa, nich czas zostanie zamknięty w poukładane licznie zdania.

Zimno

Jest grudzień, prawda ??? Głośniej, nie słyszę !!! Ok.

Co prawda pogoda jeszcze późno listopadowa z wilgocią, wiatrem, mżawką, które to w znaczny stopniu potęgują uczucie chłodu. Krótko rzecz ujmując paskudnie jest. Zimno i ponuro. Znaczy było. Ponieważ tak uważałam do momentu zanim weszłam do autobusu. Bo w nim naszły mnie pewne wątpliwości, albowiem naprzeciw mnie siedział pan w krótkich spodeńkach. Co prawda rekompensował sobie skąpy ubiór w dolnych partiach ciała grubą kurtką, wełnianą czapką i szalikiem w górnych, ale mimo wszystko te gołe kolanka, udka oraz łydki, były niczym nie osłonięte. Dziwak – pomyślałam – i zapewne na tym określeniu skończyłaby się moja krótka psychoanaliza owej postaci, gdyby nie kobieta, która weszła do autobusu na następnym przystanku. Ona z kolei miała goły brzuch i mocno odsłoniony dekolt. Cholera – pomyślałam – stara jestem to marznę. I być może poprzestałabym na tym smutnym, aczkolwiek oczywistym stwierdzeniu, gdybym wcześniej wysiadła z owego pojazdu, gdyż na kolejnym przystanku dołączył do podróżujących pan z psem. Pies był duży, masywny, kudłaty, ubrany w kaganiec …

 

i kożuszek z kapturkiem  !!!

Wysiadłam.

Idąc w kierunku domu wolnym krokiem próbowałam ponownie przetestować temperaturę powietrza na otwartej przestrzeni. Zimno. Pies miał rację.

Niewiele nowego

Jeżeli spytacie co u mnie nowego – Większość bez zmian – odpowiem. W pokoju znowu ciemność nazbyt wczesna jak zwykle w ten grudniowy czas, na ulicy lampki na drzewach mrugają podobne jak w zeszłym roku o tej samej porze, za oknem na dworze wiatr hula, kot macha ogonem pod stołem w rytm zegara co tyka cichutko tyk, tak. Dym z papierosa oraz para z filiżanki z kawą wypełniają pokój. Cisza. Nostalgiczna. Grudniowa. Czasem przerwie ją w oddali nagle jakiś głos czy szum. To wszystko.  Aaaa … i garnek z zupą stygnie na kuchence. Będzie na jutro.

Niewiele też u mnie nowego. Już nie błądzę, nie krążę i nie drążę. Nie szukam też odpowiedzi, bo wiele z nich znam. Żyję spokojniej, wolniej. Czasami tylko, gdy poduszka uwiera w głowę, a noc się powoli sączy i sączy, ja układam, przekładam, rozplątuję. Lub przewracam się z boku na bok.

A jutro ??? Być może zmienię zapisanych tu kilka zdań.

Niedokończona historia

Na coraz dłuższe wieczory, na ciepły koc i kawę, opiszę Wam dzisiaj pewną historię. Postaram się przedstawić ją w miarę krótko, by nie zanudzić ewentualnego czytelnika. Opowieść ta nie ma zakończenia, stawia jedynie znak zapytania.

Pewna dziewczynka, nazwijmy ją Asia, została porzucona przez rodzoną matkę zaraz po jej urodzeniu. Zanim trafiła do adopcji tuła się parę lat po sierocińcach i rodzinach zastępczych. Wreszcie los się do niej uśmiechnął. Została adoptowana przez dość zamożną rodzinę. Dziewczynka nie sprawiała większych problemów wychowawczych, była jedynie deczko zamknięta w sobie i nie nawiązywała żadnych przyjaźni z rówieśnikami. Jej ulubioną lekturą była Ania z Zielonego Wzgórza, co było w jej przypadku uzasadnione tak z racji wieku, jak i jej sytuacji rodzinnej. Podobnie jak bohaterka tej książki miała przyjaciółkę – w lustrze. Przybrani rodzice patrzyli na jej zachowanie z przymrużeniem oka. Ot, dziecinna wyobraźnia nie robiąca nikomu krzywdy, wyrośnie z tej niewinnej zabawy, pójdzie do szkoły i wówczas to zapragnie realnych przyjaciół, spacerów z nimi i zwierzeń. Jednak wraz z rozpoczęciem jej edukacji nic takiego nie nastąpiło, wręcz odwrotnie. Oprócz długich rozmów z własnym odbiciem, doszły też nowe, nazwijmy to upodobania, a mianowicie godzinne wyprawy w nieznane. Wracała z nich niezdrowo podekscytowana i nadal zamknięta w sobie. Rodzice próbowali do niej dotrzeć, porozmawiać, zdobyć jej zaufanie, ale ona pozostawała niedostępna. I to był jedyny problem, gdyż uczyła się dobrze, była uczynna, obowiązkowa, przywiązana do domu i rodziców. Opowiadała im o szkole i o nauczycielach, o swoich marzeniach, pragnieniach i planach na przyszłość. Czasami pytała jedynie czy nie chcieliby przysposobić drugiej dziewczynki, bo wtedy miałaby przyjaciółkę, która by zastąpiła jej tę z lustra. – Nie – mówili – ty nam w zupełności wystarczysz, jesteś dla nas wszystkim co pragnęliśmy i co mamy wreszcie. Powoli też przyzwyczaili się do tego, że czasem wałęsa się po szkole bez celu, tłumacząc to sobie tym, iż zapewne te wędrówki były odskocznią od monotonnej codzienności. Była ich wymarzonym dzieckiem, z trudem uzyskanym, dlatego nie chcieli jej do siebie zrazić ani swoją nadopiekuńczości, ani nadmierną kontrolą. Czas mijał. Wyrosła na młodą, uroczą dziewczynę, dbającą o siebie i o rodzinę. Pojawili się także, wraz z nową szkołą, pierwsze realne koleżanki i koledzy. Wszystko zmierzało ku dobremu. Czasami jedynie wymykała się nadal z domu na długie i samotne spacery, czasem wspominała, że szkoda, iż nie ma siostry, niekiedy pytała ich o swoją matkę, ale nie drążyła długo tego tematu, ponieważ odpowiedzi jakie udzielali jej przyrodni rodzice wyczerpywały dziewczyny ciekawość. Nie pragnęła poznać jej osobiście, mówiła to stanowczo, chciała jedynie zrozumieć jej decyzję.

Ten dzień zaczął się jak wszystkie inne do tej pory – wspólne śniadanie, potem szkoła a po niej wędrówka po mieście. Lecz tego dnia wróciła znacznie później niż miała to w zwyczaju, co wzbudziło zaniepokojenie jej rodziców. Brudna, ze związanymi w kucyk włosami, co nie było w jej zwyczaju, i co spotęgowało jeszcze ich niepokój. Zachowywała się dziwnie. Sprawiała wrażenie wystraszonej, zmęczonej, trochę nieobecnej i zdezorientowanej. Przeprosiła rodziców za swój stan i udała się do swojego pokoju. Rano sprawiała wrażenie rozgorączkowanej. Odpowiadała bardzo zdawkowo lub w ogóle. Na pytanie – Czemu przycięła włosy ??? Odpowiedziała – Musiałam. – Ktoś do tego cię zmusił. – Nikt, nikt – odburknęła. Głos jej był deczko zmieniony, bardziej ochrypły. W związku z zaistniałą sytuacją została w ten dzień w domu. Następnego dnia też nie poszła po szkoły, ani następnego. Niemalże z dnia na dzień, z grzecznej, wesołej dziewczyny, zmieniła się w burkliwą, wulgarną, arogancką dziewczynę. Rodzice zauważyli także, iż zmieniła nagle wiele nawyków, ba nawet sposób chodzenia. Aż wreszcie, po tygodniu od jej dziwnej metamorfozy, stało się najgorsze. Odnaleziono jej rodziców martwych, zostali brutalnie zamordowani. Wpierw roztrzaskano śpiącemu ojcu głowę, a potem zadźgano, próbującą uciec z sypialni, matkę. Natomiast nie odnaleziono dziewczyny, przepadła ona bez wieści, pozostawiając jedynie porzucone narzędzia zbrodni wraz z listem – ‚Za karę, że mnie nie chcieli, Asia’. Po kilku miesiącach odnaleziono ją też martwą, również brutalnie zasztyletowaną. Ciało dziewczyny znajdowało się w odległej części miasta. Autopsja wykazała, że prawdopodobnie została zamordowana w podobnym czasie co jej rodzice. Niestety nastąpił już znaczny rozkład ciała, więc była to jedynie przybliżona data jej śmierci. I to byłby już koniec tej okropnej historii, chyba że ktoś spróbowałby wytłumaczyć co tak naprawdę się zdarzyło i dlaczego.

Po spotkaniu

No i żem się rozpisała. Być może dlatego, że pogoda za oknem nie sprzyja jakiemukolwiek wyjściu, a może również dlatego, że nie pisząc tak długo zebrało się we mnie słów nienapisanych tak wiele, iż muszę je wyrzucić z siebie, bo kłębią się, duszą, a nawet ulatują bokiem.

Spotkania dawnych przyjaciół po dłuższym czasie powinny obfitować w okrzyki – och i ach, jak dobrze ciebie znów widzieć, a co tam u ciebie słychać, jak leci, jak dzieci. Tymczasem zamiast takowych potoczyła się, niczym lodowa kula po zaśnieżonym zboczu, pochwała własnych osiągnięć, ‚nieprawdopodobnych’ planów na jesień, intelektualnych kontaktów, a także pouczeń i słabych, ale jakże uroczych w swej niedoskonałości, złośliwości. Ba, gdyby to były rzeczywiście osiągnięcia, którymi się warto pochwalić, to cóż, każdy ma do tego prawo, ba, niekiedy nawet mu się to należy, bo czemuż by nie. Ale nieuzasadnione niczym innym oprócz własnych wyobrażeń o sobie, własnej nieomylności i doskonałości, a także uzurpowania sobie prawa do oceniania innych, pouczania ich, bez jakiegokolwiek prawa moralnego czy też wynikającego z wiedzy popartej wykształceniem, świadczy jedynie o głupocie, frustracji, kompleksach i nie wiem czym tam jeszcze. Więc uśmiecham się jedynie, kiwam głową i pytam – A czemu to miałaby ci ona zazdrościć męża ??? Nieprawdopodobne, nie skontaktował się tylko z tobą jedynie z tego powodu, iż czuł się głupszy od twojego męża ??? Myślisz, że znajomy z podstawówki, którego widujesz raz na 10 lat, o niczym innym nie marzył, by zobaczyć jakim autem jeździsz ???

No cóż, różne bywają nasze drogi; słuszne, mniej słuszne, upstrzone kłopotami, naznaczone tragediami, ale nasze, które zapewne kształtują w dużej mierze nasz charakter. Ale żadna z tych dróg nie poprowadzi nas ku pysze i samouwielbieniu oprócz własnego wyobrażenia o wielkości naszego ego, która to cecha jest cechą wrodzoną. Żadne też kontakty, żadne życiowe doświadczenia, nie zmienią tego, bo tego rodzaju przeświadczenie świadczy o braku samokrytycyzmu wynikającego w dużej mierze z głupoty, oraz braku wyczucia i braku subtelności, a także kultury osobistej, które to cechy są nie-do-nauczenia. Owszem, znam i takich, którym po części się to udało, ale czasami, gdzieś z tyłu, zza pleców, lub z boku, z góry czy też z dołu, wystawi swój nos prawdziwa twarz, której nie zasłoni wyuczona gęba.